Porto- Portugalia 2008
Nie trzeba wysiłku, by zakochać się w Portugalii. Dla mnie była to miłość od pierwszego wejrzenia w roku 2006, pierwszy raz Ocean, pierwsze palmy, pierwsze takie pomarańcze zrywane z drzewa i nowa, nieznana do tej pory energia od słońca i wody. To jedno z niewielu państw, do którego bez wahania wracam, zachwycając się za każdym razem równie mocno.
Ostatnia wyprawa do Porto, w maju 2008 była wyjątkowa. Wróciłam do Portugalii z dziecinną myślą, że nic mnie już nie zaskoczy, bo przecież już tu byłam, widziałam przecież Lisbonę. Co za naiwność.
Widoki w Porto i mała wioska Pena skryta w górach i spowita gęstą mgłą po raz pierwszy od długiego czasu odebrały mi mowę. Nie będę podejmować próby opisania tego co się czuje stojąc na moście Dom Luis I wieczorem, patrząc na średniowieczne portowe miasto i tuląc się w kurtkę przed silnym morskim wiatrem w słoneczny dzień.
Ani co czuje się przechadzając się kamiennymi wąskimi uliczkami kamiennej wioski skrytej w górach, Pena.
Ostatnia wyprawa do Porto, w maju 2008 była wyjątkowa. Wróciłam do Portugalii z dziecinną myślą, że nic mnie już nie zaskoczy, bo przecież już tu byłam, widziałam przecież Lisbonę. Co za naiwność.
Widoki w Porto i mała wioska Pena skryta w górach i spowita gęstą mgłą po raz pierwszy od długiego czasu odebrały mi mowę. Nie będę podejmować próby opisania tego co się czuje stojąc na moście Dom Luis I wieczorem, patrząc na średniowieczne portowe miasto i tuląc się w kurtkę przed silnym morskim wiatrem w słoneczny dzień.
Ani co czuje się przechadzając się kamiennymi wąskimi uliczkami kamiennej wioski skrytej w górach, Pena.
Pena i Carvalhais, okolice naszej organizacji partnerskiej w projekcie "Rural Paparazzi"












